Przedświąteczny wiersz eksperymentalny

W dziś jakże świątęcznym, radosnym, ale i mrocznym, bo wampirycznym nastroju powstało niemałe dzieło, do tego wspólnymi siłami osób, które zostały na dzisiejszym spotkaniu nieco dłużej. Zainspirowani wierszami Artura, postanowiliśmy ulec tendencji grozy, przełamując jakby okołoświątęczną aurę. A wyszło bardziej śmieszno, niż straszno, o czym świadczy poniższy tekst: [ostrzeżenie: nie powinny tego czytać osoby wrażliwe, mające słabe nerwy, lub cierpiące na wampiryczne uprzedzenia]

 

* * *

Był sobie grzeczny wampir
Który pożerał dziewczynki na śniadanie
A nocą zakradał się do pokoju pewnego mężczyzny
I widział w nim obiekt pożądania
W orszaku jego były pająki i żaby
Które co wieczór podawały mu czarę krwi
A on sobie z tego drwi
A ten meżczyzna co się zakradł do pokoju
Nigdy nie czytał Kuczoka „Gnoju”
A morału tym razem nie będzie
Choć ciemno i głucho wszędzie
A pająki wciągnęły za obraz wampira
I tak jest tego wszystkiego przyczyna.

 

 

Światowy Dzień Książki w Częstochowie pod znakiem krwi i smoczka

     Czytelnictwo w Polsce kuleje. Co do tego nie można mieć wątpliwości. Jakiekolwiek badania statystyczne pokazują, że co rusz mijamy na ulicy ludzi, dla których książka to średniowieczna tortura, zło konieczne, czytelnicza ścieżka zdrowia. Nie czytają, nie chcą, nie mają zamiaru. I nawet liczne akcje popularyzatorskie nie skutkują. Zachęcać można zawsze i wszędzie, lecz jeśli ludzie nie chcą, to nie będą czytać i tak. Wydaje się jednak, że Dzień Książki jest niebywałą okazją dla udowodnienia, że książka towarzyszy w życiu ludzi na równi z innymi potrzebami, jak jedzenie i spanie. Cóż, nie wszędzie…

      Jeśli prześledzi się program tegorocznego Światowego Dnia Książki w Częstochowie, dojdzie się do wniosku, że jest się kimś za starym, a książka to prehistoryczny relikt, mający status co najmniej muzealnego eksponatu. Chyba czytają tylko emeryci oraz dzieci. Z jednej strony dobrze. Zachęca się młodszych do czytania, do obcowania z książką. Pokazuje się, że książka jest przyjacielem i warto do niej zaglądać. Jednak co z robić z tymi, który wyrośli już z krótkich spodenek, nieco podrośli, którzy strzępią język wulgaryzmami, słodkie lizaki zamienili na dymiące papierosy, a dla których książka to nie fantazja nie z tej ziemi, ale delikates, który należy smakować bez końca?

      Dla nich organizuje się między innymi wymianę książek. To dobry pomysł. Takich akcji jest coraz więcej i upowszechniają się one, stając już czymś zwykłym, dzięki czemu czytelnicze podniebienia bibliofilów mogą być zaspokojone. Na dokładkę spotkania autorskie. I to z pisarzami wielkiego formatu! Ale określonej konwencji, jakby zamykając drogę do przyjemności dla innych. Czyżby regionalni i mało promowani autorzy pozamykali się w swoich ciasnych domkach, nie chcą się pokazać? Czyżby władze miasta oraz lokale kulturalne w Częstochowie nie miały dość sił i pomysłów, by udźwignąć organizację ciekawych wydarzeń? Ciekawy jest powód i przyczyna. Jednak tu należy szybko zauważyć, że i mniej znani autorzy, choć równie dobrzy oraz nam bliżsi mieli okazję się zaprezentować. Jak dobrze wiedzieć, że nie żyjemy w kulturalnym grajdole!

       Jeśli zaś chodzi o wieczory autorskie, to tym ciekawsze, że przychodzi na nie garstka ludzi, a do tego w znacznej mierze grupa osób, które literaturę wyssały z mlekiem matki, bowiem czytanie to dla nich druga natura. Czyż czytają tylko ludzie, których określa się mianem dinozaurów kultury? A młodzi? Czyż czytają tylko z przymusu i tylko lektury? Na pewno nie. Podobne sądy mogą wydawać akademicy, zacietrzewieni w żalu nieprzeczytanych przez studentów książek. Młodzi czytają, ale niewielu czyta to co powinno się czytać. Wielu czyta byle co i byle jak, myśląc, że byle brukowiec to też literatura, że błahe opowiastki o tym czy tamtym to najwyżej próby sztuka słowa. A tak nie jest i brakuje wrażliwości. Co zresztą widać w trakcie spotkań autorskich, podczas których młodzi muszą strzepywać z ramion siwiznę sąsiadów. Aż strach pomyśleć, co się teraz robi w towarzystwie!

       Powstaje jednak także pytanie, co jest przyczyną. Czy charakter pisarza, czy jego twórczość, czy może lokal, w którym odbywa się spotkanie? Biorąc pod uwagę wieczory autorskie ostatnich dni, wydaje się, że problem stanowi kontekst i przypisana etykieta miejsca, gdzie odbywa się spotkanie. Jednak wiele osób zagląda do barów czy kawiarni przypadkiem, trudno więc stwierdzić, czy to determinuje obecność młodych podczas wieczorów autorskich. Niby to pogadać, niby się napić, ale i przy okazji się posłucha, a tak w ogóle, to kto to ten Twardoch czy Krajewski?

      Niesprawiedliwe by jednak było, gdyby nie starczyło miejsca na słowa uznania i pochwały, wszak i wiele dobrego miało miejsce. Happeningi, akcje artystyczne, nawet tajemniczy flashmob, fragmenty czytanej poezji w tramwajach i autobusach, do tego inne spotkania autorskie. To jednak pewna drobna część, skromna i niezauważalna. Powstaje jednak pytanie: dlaczego? Jak mawia prosty marketingowy slogan: reklama dźwignią handlu, a więc czy sprzedano literaturę i miłość do książek wystarczającej liczbie osób? Czy ktokolwiek czuł, że zbliża się coś niezwykłego, a co nie jest końcem świata?

       Niestety, o końcu świata powinno się powiedzieć. Zwłaszcza, kiedy wie się i widzi na co dzień, jak niewielu ludzi potrafi obsługiwać książkę. Zabrakło więc może warsztatów typu: od deski do deski, uczymy się wertowania czy: przeczytasz, pójdę z tobą do łóżka, wszak nie jestem statystycznym Polakiem? Z pewnością frekwencja podskoczyłaby o parę punktów, a tak krytykowany przez rząd niż demograficzny zostałby zażegnany. I miałby kto do szkoły chodzić, może więc nie zamknęliby bibliotek.

      Czytać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. Ważne, by czytać odpowiedzialnie i z głową, a nie tracić czas na lektury, o który można powiedzieć tylko: fajne! – nie fajne! (sic!). Z takim podejściem czyta się ustawy rządowe o szkolnictwie wyższym, nie literaturę. Jedno jest pewne: jedną z najpopularniejszych książek na Ziemi nie jest wcale Biblia czy Kamasutra. Jest nią Facebook.

Jak głową w ścianę, czyli o książce Konrada Ludwickiego „Ściana i inne miniatury”

okladka     O ścianach, i to już bardzo obszernie, rozpisywał się Miron Białoszewski, wciąż upatrując w nich swych towarzyszy codzienności, widząc coś osobliwego i nieuchwytnego, tak samo zresztą jak i w całej rzeczywistości. Lecz w czym podobna jest ta ściana Białoszewskiego do ściany Konrada Ludwickiego? Gdzie może istnieć ich przystawalność? Być może w tym, że obie stanowią swego rodzaju barierę nie do przebycia. Granicę, za którą jawi się coś zupełnie innego niż do czego przywykliśmy.
Ścianę i inne miniatury autor nie bez powodu nazywa zbiorem iluminacji, bowiem stanowią one każdorazowe przypomnienie, wywołanie z pamięci czegoś, co zmusza nas niejako do weryfikacji statusu quo. Oto proste spojrzenie na to, co jest, przez pryzmat tego co było, albo mogło być. Wszystko po to, by uświadomić sobie tkwiącą w nas, jak powiedział Ludwicki, „wielokrotność”.
Autor swoimi miniaturami (ścianami) buduje swoisty labirynt znaczeń, labirynt słów i rzeczywistości, z którego nie sposób wyjść poprzez racjonalne uporządkowanie, nie sposób przedrzeć się przezeń w typowy sposób. Wyjście, które jest zarazem interpretacją, można znaleźć jedynie przechodząc gdzieś „górą” (ponad ścianami). Podobnie jak w przypadku zetknięcia się z niełatwą twórczością Franza Kafki, Brunona Schulza, czy tak bliskiego Ludwickiemu Fernando Pessoi. Trop portugalskiego poety nie jest wcale przypadkowy i bezzasadny. Bowiem Ludwicki, na wzór autora Księgi niepokoju, również tworzy serię heteronimów, funkcjonujących na kartach jego książki.
Wszystko daje wrażenie świadectwa własnych przeżyć, zwielokrotnionych przez owe – heteronimiczne właśnie – sylwetki, poddane procesowi odautobiografizowania, by – być może – spojrzeć na nie z boku, przyjrzeć się im bacznie z nieco innej, niż osobista, strony. Bo czymże jest literatura w takim wydaniu, jak nie obiektywizowaniem siebie, by odnaleźć prawdę? Nic więc dziwnego, że bohaterowie i narratorzy Ludwickiego pokazują, że są tak naprawdę tablicą czyichś etykiet, określeń, napisów. Że my, jako ludzie, jesteśmy wobec kogoś tym, czym ten ktoś nas oblepił, czy po prostu, jak określiłby to sam Gombrowicz, jaką dorobił nam gębę.
Ściana to więc forma roli, maski, którą autor przywdziewa. Poszukuje siebie, choć do końca sobą nie jest. Meandruje pomiędzy poszczególnymi wcieleniami, by sprawdzić, które z nich jest nim naprawdę. Poszukuje własnego ja, tożsamości, sensu, tylko że z oporem i niechęcią, jak gdyby to było brnięcie w nieznaną, niegościnną krainę, gdzie odkryć można zgoła coś innego. Coś, czego nie chciało się odkryć.

Ponadto w zbiorze przez cały czas czuje się ciężar zamknięcia, ograniczenia, jakiś dziwny i niepokojący klaustrofobiczny lęk. Ale przed czym? Przed zmianą, przestrzenią życia, przestrzenią wieczności? Lęk przed wyzwoleniem, wolnością? A może to po prostu zapis ciasnoty wychowania, środowiska, w którym narrator żył lub żyje, lub świata, którego przyszło być uczestnikiem?
W każdym razie owo ścieśnienie pokazuje i uzewnętrznia niejako zdeterminowaną pewnym czynnikiem próbę wyjścia z tego ograniczenia. Próbę zburzenia ściany i wyjścia prowadzącym dalej tunelem. Niestety, szybko okazuje się, że droga prowadzi z powrotem do punktu wyjścia. Zataczamy wieczne koła. Nie jesteśmy w stanie ani się wydostać, ani zaczerpnąć ze źródła prawdy. Żyjemy w ciągłej retrospekcji siebie i innych, odtwarzamy niejako rzeczywistość, powieloną na przetartych kliszach, co do autentyczności których jesteśmy przekonani.
Niestety tak właśnie jest. Co rusz napotykamy swoje własne ściany, jak i te, które przygotowała nam rzeczywistość. Odbijamy się od nich, nie mogąc przebić. Natrafiamy na kolejną i kolejną. Wciąż na nowo, ale cały czas na tę co poprzednio.
Ludwicki zdaje się takim poetyckim czy też prozatorskim murarzem, stawiającym przed czytelnikiem coraz to nowsze ściany. Ściany znaczeń i zrozumień, ściany powtórzonych i zapętlonych obrazów, skojarzeń, odniesień. Nie sposób bowiem w łatwy sposób prześlizgnąć się przez poszczególne miniatury bez poczucia oporu, jakie nam stawiają. Należy podjąć wyjątkowy wysiłek, otrzeć się o ich szorstkość, niejednokrotnie zawiłość i wielką trudność. Nie da się, ot tak, przebrnąć z początku do końca. Dlatego lektura Ludwickiego nie należy do prostych i przyjemnych. O ile pisanie to egzystencja, o tyle, przekornie rzecz ujmując, czytanie to już prawdziwa agonia.
Jak pisze sam autor: „Są lektury, których nie czytając mało tracimy, ale czytając możemy zyskać to i owo”. Tak też jest z tą książką. Przeczytamy czy też nie, żadna różnica. Dopiero owoce pokażą, który wyjście było bardziej słuszne.