Życie to nie gra wideo [o książce Jakuba Żulczyka: Zrób mi jakąś krzywdę]

[Uwaga! Opinia zawiera wulgaryzmy, które stanowią świadomy pastisz. Nie stanowią więc zwrotów obraźliwych, tylko są zabiegami stylistycznymi.]

Życie jak program, jak pieprzona gra wideo, jak pokonywanie poszczególnych levelów, gdzie napotykasz kolejnych wrogów i kosmitów spadających z nieba. Tak określibłym tę książkę, a nawet więcej: to jak haluny, jak zwidy, majaki, deliria alkoholowe i narkotykowe, jak półsen, z którego nie możesz się wybudzić ani otrząsnąć, to jak ślizganie się po ledwo zamarzniętym lodowisku, albo brodzenie w płytkiej kałuży, gdzie umierają starcy, topią się prostytutki, gdzie narkomani myją igły i skrzykawki, gdzie pływają niedopalone blanty, pety, czyjeś zasrane gacie. To trochę jak wszystko i nic w jednym, jak wersja demo udająca wersję deluxe, z dodatkowym pakietem kodów i tajemnych drzwiczek w poszatowanej cyberprzestrzeni, cyberczasie, cyberżyciu, to jak zarzygane spodnie po jakimś grillu czy ognisku, na którym zjadłeś więcej kiełbas i wypiłeś więcej piwa, niż kiedykolwiek miałeś okazję. Odraża cię i fascynuje zarazem, odpycha, ale i przyciąga. To jak seks analny, chciałbyś spróbować, ale boisz się tego wychodzącego gówna, tego momentu spotkania, tego co może się stać, jeśli nie będziesz za bardzo uważał.

Tylko że miejscami to wszystko brzmi jak gdakanie, ględzenie, niczym nieumotywowane nawijanie bez końca, jakby się miało darmową taryfę na nielimitowane rozmowy i smsy. Dialog. Pauza. Monolog wewnętrzy jak lawina skojarzeń. Pauza. Monolog. Kolejne odrycie. Przełomowe, wiekowe, czyste jak amfa w gabinecie lekarskim. Znowu dialog. I tak rozmawiają ze sobą, jakby mówili trochę do siebie, a trochę obok, nie trafiając w przewody uszne, kanały mózgowe, zwoje i inne receproty nerwowe, jakby nie mogli wycelować, choć z grubsza to im się udaje. Tak samo Żulczykowi, też się udaje, czasem. Trafi, nawet za trzy punkty, a czasem nawet spod własnego kosza. Ale co z tego, skoro pod tym natłokiem porównań, metafor wyciętych z kolorych pisemek, z wideoklimów z MTV, z gierek i piosenek, a nawet z książek, można się udusić, ugrzać i upalić, ugotwać jak w garze intertekstualności, w którym aż kipi. W końcu to wszystko wylewa się lepką i cuchnącą pianą. Smaży na ogniu jak mleko i cuchnie, ale też smakuje, w końcu czymś człowiek musi oddychać, coś jeść, coś pić, by móc coś zwracać i wydalać. Nigdy niekończący się łańcuch akcji i interakcji.

W pewnym momentcie miałem wrażenie, że Żulczyk to druga Masłowska, że to jakaś jej kopia, zwykłe ksero, odpite pośpiesznie przez zajęciami, kolejne wcielenie, tyle że męskie. I kto wie, może niewiele się mylę, choć możliwe też, że Żulczyk to brat Masłowskiej, ale przyszywany na tyle, że ta łata ledwo trzyma się reszty materiału. Taki rodzinny patchwork. Nie daleko pada jabłko od jabłoni, nie daleko też pada blant od rzucającego go małolata. Może Żulczyk pożałował Masłowskiej, swojej rówieśnicy, która jako gówniara napisała książkę i dostała za nią Nike, podczas, gdy Żulczyk zapierdalał po korytarzach UJ. Może, kto wie.

Zrób mi jakąś krzywdę to jak gra z jednym życiem, z tendencyjnym scenariuszem, gdzie postacie próbują się zbutnować przeciwko systemowi, przeciwko programowi, przeciwko zapleśniałemu informatykowi, które je wymyślił, ale nie da się, po prostu się nie da. Poruszają się i mówią, choć nie robię nic i nie mówią nic, czego naprawdę chcą. Są jak komputerowe kukły, w które należy włożyć odpowiednie kwestie, by wszystko szło dalej. A potem reset i znów wracamy do gry. Gra bez opcji „save” ani „spróbuj ponownie”. Raz włączona trwa. Musisz ją przejść, musisz grać, musisz wygrać.

Na końcu i tak happy and, jakby w tej rozkisielowanej rzeczywistości nie było miejsca na brutalność i smutek, poza chwilami, w których może z kieszeni wypaść paczka prezerwatyw, jak wtedy, gdy podgląda się pieprzących się aktorów porno, czy rozbijania nos jakiegoś kolesia, który jest skończoną cipą. Ale to nie o to chodzi, nie ma być realnie, tylko sztucznie, jak w grze właśnie, ma być nierzeczywiście, nielogicznie, jak najmniej poukładanie. Alegoria świata, w którym nie wiadomo co jest grane? Alegoria postmoderny? Pewnie tak, ale na końcu i tak jest wszystko jedno…

Warto sobie zaglądnąć, przeczytać, przewertować nawet. Zobaczyć z czym się to je i z czym rzyga, przy jakim akompaniamencie smakuje najlepiej. Warto, choć nie warto nazywać tego dziełem. Po prostu książka, może nieco inna, ale książka. Dobra książka. I nawet dużo mówi o nas i to świecie, który kręci się wokół, ale tak naprawdę lewdo się trzyma kupy. Rozchwiany, rozdygotany, pełen niewiadomych i nierozwiązanych równań, pełen niedociągnięć i bluskrinów. Życie jak migający napis „Error”, przy którym nie może prosta kombinajca klawiszy Ctrl+Alt+Del. Życie nie jest jednak grą z opcją „zapisz” i „spróbuj ponownie”, życie nie jest programem, nawet jeśli wydaje się mdłym harlekinem lub filmem, do którego scenariusz napisał trzylatek.

A teraz log out, poza zamknąć system, zamknąć oczy i pomarzyć o czymś innym…

Jakub Żulczyk, Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości, 
Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2006.

Sposoby na poprawienie kreatywności

Każdy kto ma do czynienia ze słowem pisanym, z pewnością nie raz narzekał na problemy związane z kreatywnością. A tak samo jak dobry przedsiębiorca, również literat musi być otwarty na nowe i niekonwencjonalne rozwiązania. Nie można czekać, aż coś samo się zrobi, samo wymyśli czy napisze. Planowanie przyszłej pracy, a także stawianie sobie celów, to rola każdego z osobna. Co jednak, kiedy brakuje sił i pomysłów? Kreatywność można poprawić. Poniżej parę sposób, które powinny pomóc.

Czytaj teksty niezwiązane ze specjalizacją
Zróżnicowana lektura to dobry sposób na ciągłe poszukiwanie nowych rozwiązań, które funkcjonują nie tylko w obrębie danej dziedziny. Czytanie różnych rzeczy pozwala odświeżać myślenie i zmieniać perspektywę. A zmiana patrzenia na pewne kwestie czy problemy, nie tylko przynosi ich rozwiązanie, ale również pomaga przez cały czas pobudzać umysł, który nie nudzi się monotonnym i rutynowym przeglądem znanych nam tekstów. Postaw na różnorodność i niczym się nie ograniczaj.

Bywaj w nowych miejscach
Zmiana środowiska wyrywa z przyzwyczajeń. Poznawanie nowych miejsc to dobry sposób na pobudzenie naszego umysłu. Nie tyle odległe podróże czy zaplanowane wycieczki, ale już samo przejście nieodwiedzaną na co dzień ulicą czy wejście do nieznanego budynku pozwala nam na dostrzeżenie subtelnych różnic w naszej rzeczwistości. Nawet okresowa zmiana miesca naszej pracy, uporządkowanie biurka, przemeblowanie pokoju – to dobre sposoby na odnowienie naszego spojrzenia na świat, wyrwania z bezpiecznej rutyny.

Rozmawiaj z ludźmi z zupełnie innego środowiska
Wymiana doświadczeń to najlepszy sposób na pobudzenie własnej kreatywności. Poznawanie rad i sposobów działania innych ludzi to niezaprzeczalny motor rozwoju, tym bardziej, jeśli mają odmienne stanowisko. Kontakt z takimi ludźmi staje się motywujący do szukania własnych ścieżek, do obierania celów, które komuś mogą wydawać się zupełenie nonsensowne.

Inspiruj się innymi ludźmi czy projektami
Powyższy sposób związany jest z inspiracją, której często szukamy „na zewnątrz”. Inne osoby, zwłaszcza te, kóre osiągnęły sukces, wydają się nam niezwykłe, a ich poziom nieosiągalny. Nic bardziej mylnego. Każdy musiał przejść pewien etap, czegoś się nauczyć, gdzieś popełnić błąd. Warto nie tylko uczyć się na cudzych błędach i podążać za wyborami innych. Warto czasem przemyśleć pomysły kogoś, kto zna się na rzeczy i wie co jest dobre, a co nie, nawet jeżeli się z tym nie zgadzamy.

Kwestionuj autorytety
To ma ścisły związek z wiarą w autorytety i ich zdanie. Nawet jeżeli mamy pewność, że ktoś ma słuszność, nie zaszkodzi zastanowić się dlaczego tak jest i co stoi „po drugiej stronie”. Nie zawsze ten, kto napisał i opublikował więcej, ma rację. Nie zawsze ten, który powszechnie uznawany jest za mądrego, takim jest w rzeczywistości. Należy postawić też na swoim rozumie. I przede wszystkim pytać oraz wątpić. Szukać, drążyć, nie pozostawać w miejscu.

Ćwicz umysł każdego dnia
Mózg jest jak mięsień. Należy ćwiczyć, by rozwinąć go w naprawdę przydatne narzędzie naszej pracy. Zwłaszcza, że powyższe sposoby mogą być niemożliwe do zrealizowania. Za to ćwiczenie własnego umysłu można robić zawsze i wszędzie. Z jednej strony, warto zainteresować się czynnościami, które podwyższają nasze zdolności intelektualne: gry logiczne, krzyżówki, ćwiczenia pamięciowe itp., cokolwiek, dzięki czemu nasz mózg nie tylko bedzie miał zajęcie, świetną zabawę, ale również potrzebną naukę. Z drugiej strony, dobrym sposóbem może być szukanie alternatywnych rozwiązań. Zastanawianie się „co by było, gdyby…”, szukanie kontrargumentów, zestawianie odmiennych stanowisk.

Czasem zrób sobie przerwę
To wszystko jednak nie jest wyścig na sto metrów. Nie należy być pierwszym. Nie na tym to polega. Chodzi przecież o pasję, miłość do wykonywanej pracy, dlatego musimy zadbać nie tylko o produktywną presję, która motywowałaby nas do wydajniejszej pracy. Czasem warto zwolnić i odpocząć, po prostu. Spojrzeć na pewne sprawy z boku, bez komentarza, bez oceniania. Skoro mózg jest jak mięsień, to potrzebuje on odpoczyku, ale nie wspomaganego tanią rozrywką, która jeszcze bardziej go obciąża. Czasem zamiast lekkiej lektury, niezobowiązującego serialu, czy przeglądania Internetu, warto wyjść na spacer, pobiegać, albo po prostu trochę się zdrzemnąć.

Powyższe sposoby na pobudzenie kreatywności to oczywiście tylko subiektywny wybór. Każdy może znaleźć wiele innych i równie pomocnych rad, które są mniej lub bardziej skuteczne. Jeżeli macie inne świetne sposóby jak pobudzić wyobraźnię, to podzielcie się nimi. Polecamy również artykuł Agnieszki Fiedorowicz i Mileny Rachid Chehab, pt. Bądź bardziej kreatywny, który ukazał się w miesięczniku Focus. Poznać i zrozumieć świat 2012, nr 7, s. 28-35. Tekst jest też dostępny w Internecie: TUTAJ.

Światowy Dzień Książki w Częstochowie pod znakiem krwi i smoczka

     Czytelnictwo w Polsce kuleje. Co do tego nie można mieć wątpliwości. Jakiekolwiek badania statystyczne pokazują, że co rusz mijamy na ulicy ludzi, dla których książka to średniowieczna tortura, zło konieczne, czytelnicza ścieżka zdrowia. Nie czytają, nie chcą, nie mają zamiaru. I nawet liczne akcje popularyzatorskie nie skutkują. Zachęcać można zawsze i wszędzie, lecz jeśli ludzie nie chcą, to nie będą czytać i tak. Wydaje się jednak, że Dzień Książki jest niebywałą okazją dla udowodnienia, że książka towarzyszy w życiu ludzi na równi z innymi potrzebami, jak jedzenie i spanie. Cóż, nie wszędzie…

      Jeśli prześledzi się program tegorocznego Światowego Dnia Książki w Częstochowie, dojdzie się do wniosku, że jest się kimś za starym, a książka to prehistoryczny relikt, mający status co najmniej muzealnego eksponatu. Chyba czytają tylko emeryci oraz dzieci. Z jednej strony dobrze. Zachęca się młodszych do czytania, do obcowania z książką. Pokazuje się, że książka jest przyjacielem i warto do niej zaglądać. Jednak co z robić z tymi, który wyrośli już z krótkich spodenek, nieco podrośli, którzy strzępią język wulgaryzmami, słodkie lizaki zamienili na dymiące papierosy, a dla których książka to nie fantazja nie z tej ziemi, ale delikates, który należy smakować bez końca?

      Dla nich organizuje się między innymi wymianę książek. To dobry pomysł. Takich akcji jest coraz więcej i upowszechniają się one, stając już czymś zwykłym, dzięki czemu czytelnicze podniebienia bibliofilów mogą być zaspokojone. Na dokładkę spotkania autorskie. I to z pisarzami wielkiego formatu! Ale określonej konwencji, jakby zamykając drogę do przyjemności dla innych. Czyżby regionalni i mało promowani autorzy pozamykali się w swoich ciasnych domkach, nie chcą się pokazać? Czyżby władze miasta oraz lokale kulturalne w Częstochowie nie miały dość sił i pomysłów, by udźwignąć organizację ciekawych wydarzeń? Ciekawy jest powód i przyczyna. Jednak tu należy szybko zauważyć, że i mniej znani autorzy, choć równie dobrzy oraz nam bliżsi mieli okazję się zaprezentować. Jak dobrze wiedzieć, że nie żyjemy w kulturalnym grajdole!

       Jeśli zaś chodzi o wieczory autorskie, to tym ciekawsze, że przychodzi na nie garstka ludzi, a do tego w znacznej mierze grupa osób, które literaturę wyssały z mlekiem matki, bowiem czytanie to dla nich druga natura. Czyż czytają tylko ludzie, których określa się mianem dinozaurów kultury? A młodzi? Czyż czytają tylko z przymusu i tylko lektury? Na pewno nie. Podobne sądy mogą wydawać akademicy, zacietrzewieni w żalu nieprzeczytanych przez studentów książek. Młodzi czytają, ale niewielu czyta to co powinno się czytać. Wielu czyta byle co i byle jak, myśląc, że byle brukowiec to też literatura, że błahe opowiastki o tym czy tamtym to najwyżej próby sztuka słowa. A tak nie jest i brakuje wrażliwości. Co zresztą widać w trakcie spotkań autorskich, podczas których młodzi muszą strzepywać z ramion siwiznę sąsiadów. Aż strach pomyśleć, co się teraz robi w towarzystwie!

       Powstaje jednak także pytanie, co jest przyczyną. Czy charakter pisarza, czy jego twórczość, czy może lokal, w którym odbywa się spotkanie? Biorąc pod uwagę wieczory autorskie ostatnich dni, wydaje się, że problem stanowi kontekst i przypisana etykieta miejsca, gdzie odbywa się spotkanie. Jednak wiele osób zagląda do barów czy kawiarni przypadkiem, trudno więc stwierdzić, czy to determinuje obecność młodych podczas wieczorów autorskich. Niby to pogadać, niby się napić, ale i przy okazji się posłucha, a tak w ogóle, to kto to ten Twardoch czy Krajewski?

      Niesprawiedliwe by jednak było, gdyby nie starczyło miejsca na słowa uznania i pochwały, wszak i wiele dobrego miało miejsce. Happeningi, akcje artystyczne, nawet tajemniczy flashmob, fragmenty czytanej poezji w tramwajach i autobusach, do tego inne spotkania autorskie. To jednak pewna drobna część, skromna i niezauważalna. Powstaje jednak pytanie: dlaczego? Jak mawia prosty marketingowy slogan: reklama dźwignią handlu, a więc czy sprzedano literaturę i miłość do książek wystarczającej liczbie osób? Czy ktokolwiek czuł, że zbliża się coś niezwykłego, a co nie jest końcem świata?

       Niestety, o końcu świata powinno się powiedzieć. Zwłaszcza, kiedy wie się i widzi na co dzień, jak niewielu ludzi potrafi obsługiwać książkę. Zabrakło więc może warsztatów typu: od deski do deski, uczymy się wertowania czy: przeczytasz, pójdę z tobą do łóżka, wszak nie jestem statystycznym Polakiem? Z pewnością frekwencja podskoczyłaby o parę punktów, a tak krytykowany przez rząd niż demograficzny zostałby zażegnany. I miałby kto do szkoły chodzić, może więc nie zamknęliby bibliotek.

      Czytać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. Ważne, by czytać odpowiedzialnie i z głową, a nie tracić czas na lektury, o który można powiedzieć tylko: fajne! – nie fajne! (sic!). Z takim podejściem czyta się ustawy rządowe o szkolnictwie wyższym, nie literaturę. Jedno jest pewne: jedną z najpopularniejszych książek na Ziemi nie jest wcale Biblia czy Kamasutra. Jest nią Facebook.

Jak głową w ścianę, czyli o książce Konrada Ludwickiego „Ściana i inne miniatury”

okladka     O ścianach, i to już bardzo obszernie, rozpisywał się Miron Białoszewski, wciąż upatrując w nich swych towarzyszy codzienności, widząc coś osobliwego i nieuchwytnego, tak samo zresztą jak i w całej rzeczywistości. Lecz w czym podobna jest ta ściana Białoszewskiego do ściany Konrada Ludwickiego? Gdzie może istnieć ich przystawalność? Być może w tym, że obie stanowią swego rodzaju barierę nie do przebycia. Granicę, za którą jawi się coś zupełnie innego niż do czego przywykliśmy.
Ścianę i inne miniatury autor nie bez powodu nazywa zbiorem iluminacji, bowiem stanowią one każdorazowe przypomnienie, wywołanie z pamięci czegoś, co zmusza nas niejako do weryfikacji statusu quo. Oto proste spojrzenie na to, co jest, przez pryzmat tego co było, albo mogło być. Wszystko po to, by uświadomić sobie tkwiącą w nas, jak powiedział Ludwicki, „wielokrotność”.
Autor swoimi miniaturami (ścianami) buduje swoisty labirynt znaczeń, labirynt słów i rzeczywistości, z którego nie sposób wyjść poprzez racjonalne uporządkowanie, nie sposób przedrzeć się przezeń w typowy sposób. Wyjście, które jest zarazem interpretacją, można znaleźć jedynie przechodząc gdzieś „górą” (ponad ścianami). Podobnie jak w przypadku zetknięcia się z niełatwą twórczością Franza Kafki, Brunona Schulza, czy tak bliskiego Ludwickiemu Fernando Pessoi. Trop portugalskiego poety nie jest wcale przypadkowy i bezzasadny. Bowiem Ludwicki, na wzór autora Księgi niepokoju, również tworzy serię heteronimów, funkcjonujących na kartach jego książki.
Wszystko daje wrażenie świadectwa własnych przeżyć, zwielokrotnionych przez owe – heteronimiczne właśnie – sylwetki, poddane procesowi odautobiografizowania, by – być może – spojrzeć na nie z boku, przyjrzeć się im bacznie z nieco innej, niż osobista, strony. Bo czymże jest literatura w takim wydaniu, jak nie obiektywizowaniem siebie, by odnaleźć prawdę? Nic więc dziwnego, że bohaterowie i narratorzy Ludwickiego pokazują, że są tak naprawdę tablicą czyichś etykiet, określeń, napisów. Że my, jako ludzie, jesteśmy wobec kogoś tym, czym ten ktoś nas oblepił, czy po prostu, jak określiłby to sam Gombrowicz, jaką dorobił nam gębę.
Ściana to więc forma roli, maski, którą autor przywdziewa. Poszukuje siebie, choć do końca sobą nie jest. Meandruje pomiędzy poszczególnymi wcieleniami, by sprawdzić, które z nich jest nim naprawdę. Poszukuje własnego ja, tożsamości, sensu, tylko że z oporem i niechęcią, jak gdyby to było brnięcie w nieznaną, niegościnną krainę, gdzie odkryć można zgoła coś innego. Coś, czego nie chciało się odkryć.

Ponadto w zbiorze przez cały czas czuje się ciężar zamknięcia, ograniczenia, jakiś dziwny i niepokojący klaustrofobiczny lęk. Ale przed czym? Przed zmianą, przestrzenią życia, przestrzenią wieczności? Lęk przed wyzwoleniem, wolnością? A może to po prostu zapis ciasnoty wychowania, środowiska, w którym narrator żył lub żyje, lub świata, którego przyszło być uczestnikiem?
W każdym razie owo ścieśnienie pokazuje i uzewnętrznia niejako zdeterminowaną pewnym czynnikiem próbę wyjścia z tego ograniczenia. Próbę zburzenia ściany i wyjścia prowadzącym dalej tunelem. Niestety, szybko okazuje się, że droga prowadzi z powrotem do punktu wyjścia. Zataczamy wieczne koła. Nie jesteśmy w stanie ani się wydostać, ani zaczerpnąć ze źródła prawdy. Żyjemy w ciągłej retrospekcji siebie i innych, odtwarzamy niejako rzeczywistość, powieloną na przetartych kliszach, co do autentyczności których jesteśmy przekonani.
Niestety tak właśnie jest. Co rusz napotykamy swoje własne ściany, jak i te, które przygotowała nam rzeczywistość. Odbijamy się od nich, nie mogąc przebić. Natrafiamy na kolejną i kolejną. Wciąż na nowo, ale cały czas na tę co poprzednio.
Ludwicki zdaje się takim poetyckim czy też prozatorskim murarzem, stawiającym przed czytelnikiem coraz to nowsze ściany. Ściany znaczeń i zrozumień, ściany powtórzonych i zapętlonych obrazów, skojarzeń, odniesień. Nie sposób bowiem w łatwy sposób prześlizgnąć się przez poszczególne miniatury bez poczucia oporu, jakie nam stawiają. Należy podjąć wyjątkowy wysiłek, otrzeć się o ich szorstkość, niejednokrotnie zawiłość i wielką trudność. Nie da się, ot tak, przebrnąć z początku do końca. Dlatego lektura Ludwickiego nie należy do prostych i przyjemnych. O ile pisanie to egzystencja, o tyle, przekornie rzecz ujmując, czytanie to już prawdziwa agonia.
Jak pisze sam autor: „Są lektury, których nie czytając mało tracimy, ale czytając możemy zyskać to i owo”. Tak też jest z tą książką. Przeczytamy czy też nie, żadna różnica. Dopiero owoce pokażą, który wyjście było bardziej słuszne.

o „Ścianie” K. Ludwickiego

Konrad Ludwicki sięga po raz kolejny po sprawdzoną formę gatunkową. Książka „Ściana” jest zbiorem miniatur, poruszających kwestie wszystkiego, co nas otacza, zwyczajności, która przenika nasze życie. Można powiedzieć, że Ludwicki jest miniaturzystą codzienności- niełatwym jest przecież zamknąć całą kwintesencję interesującego nas zjawiska w tak skondensowanej formule, jaką jest miniatura. W jego utworach uderza drobiazgowość opisu, przywołująca i unaoczniająca obraz konkretnej sytuacji, z której czytelnik może się utożsamiać. Może powiedzieć: „tak, to jest coś, co mnie dotyczy, co jest mi bliskie”.

Autor bazuje na sprawdzonej technice tzw. „mnemotechnice” – czyli utrwalaniu w pamięci pewnych zdarzeń, wspomnień nam drogich, które w nieoczekiwanym momencie, przy użyciu konkretnego bodźca, powodują łańcuch skojarzeń- niczym magdalenka moczona przez narratora w herbacie w książce „W poszukiwaniu straconego czasu” M. Prousta. Różnorodność tematyczna miniatur Ludwickiego, od tych reprezentujących nurt filozoficzny, poprzez te nawiązujące swoim tytułem do dzieł utrwalonych w świadomości ludzi (mitologiczna postać Mojry-uosobienie przeznaczenia), aż po opis przedmiotów i zjawisk zupełnie nam bliskich (kran, czy obraz), sprawia, że czytelnik sięgający po ten zbiór znajdzie coś dla siebie.

Konrad Ludwicki jest mistrzem miniatur, niemal każda spełnia wymagania formalne, charakteryzuje je: zwięzłość, subiektywizm w opisie zdarzeń, puenta, która nie zawsze jednoznacznie nawiązuje do utworu, stanowiąca z jednej strony swoiste podsumowanie w postaci refleksji filozoficznej, bądź będąca otwartym zakończeniem, które każdy czytelnik może sobie dopisać. Warto nadmienić, że niemal każda z miniatur posiada tytuł, który staje się jedno lub kilkuwyrazowym wyznacznikiem treści. Sztuką jest przecież zamknąć w jednym słowie wszystko, co chcemy przekazać, a Ludwickiemu doskonale się udaje.

Fundamentalnym staje się jednak pytanie: dlaczego zbiór miniatur nosi tytuł „Ściana”? Czy ściana jest tym, czego każdy z nas doświadcza w opisie swojej codzienności? Czymś, co nas ogranicza i nie pozwala na swobodne wyrażenie własnych emocji? A może wręcz przeciwnie- ściana będzie symbolicznym miejscem, niczym ściany naszych bloków mieszkalnych, przyjmujących każde frazy pisane przez niekoniecznie kulturalną młodzież? Stąd ściana byłaby była by wymierną całością, składającą się z niewielkich miniatur, oddających rzeczywistość, która nas otacza. Miniatur, które łączą się z sobą, niczym doskonała układanka, tworzących obraz, który oddaje charakter człowieka. Może więc zasadne będzie sparafrazowanie znanego powiedzenia w taki sposób: „napisz cykl miniatur, a powiem ci jakim jesteś człowiekiem”. A może ściana jest metaforą naszego indywidualnego, kurczącego się świata, który zostaje sprowadzony tylko do ściany, odgradzającej nas od toksycznego świata? Nasze wyjaśnienie tytułu pozostaje tylko w sferze domysłów, a odpowiedzi na to pytanie może udzielić tylko sam autor.

To, co może sprawiać trudność w odbiorze miniatur to duża rozpiętość tematyczna, mnogość nawiązań do innych utworów i teorii (choćby przybieranie masek przywołuje na myśl „Ferdydurke” W. Gombrowicza, opisy pomieszczeń, kurcząca się przestrzeń – wywołuje skojarzenia z prozą F. Kafki, czy „Sklepami cynamonowymi” B. Schulza, a przeglądanie się w lustrze i związane z tym nie dostrzeganie siebie jako całości- jest nawiązaniem do teorii psychoanalitycznych J. Lacana, choć z pewnymi modyfikacjami), co niekoniecznie zostanie zauważone przez „przeciętnego” czytelnika. Jak bowiem przekonywał jeden z teoretyków literatury: czytając utwór, najpierw mamy przed sobą pustą kartę, dopiero podczas kolejnych momentów obcowania z literaturą, owa kartka nam się zapełnia, ukazując nawet to, czego nie dostrzegaliśmy za pierwszym razem.

Taka jest właśnie „Ściana” Konrada Ludwickiego. To zbiór, po który trzeba sięgać kilkakrotnie i wiele razy czytać, by do naszej świadomości trafiło wszystko, co było zamiarem autora.